Anglicyzmy w polskim biznesie i żenujące błędy

W tym artykule dowiesz się o moim podejściu do używania angielskich wstawek w polskim środowisku biznesowym, a także dowiesz się jak unikać kilku powszechnie popełnianych, kompromitujących pomyłek w języku angielskim. Zatem zaczynamy:

Profesjonalizm

Kiedyś osobiście dość rygorystycznie podchodziłem do używania anglicyzmów w słownictwie biznesowym. Ponieważ wykonywałem zawód tłumacza technicznego, dążyłem do swoistego perfekcjonizmu w mojej pracy wymagając tego samego od otoczenia. Miałem (i mam) taki pogląd, że wszelkie tłumaczenia i przypadki użycia języka angielskiego powinny być poprawne, a my Polacy, jesteśmy w środowisku biznesowym oceniani przez pryzmat języka, którym się posługujemy: stylu, poprawności, właściwego doboru słów. Skoro weszliśmy w okres, gdzie biznes jest na ogół ponadnarodowy, a język angielski stał się lingua franca profesjonalistów, dążmy do tego, by doskonalić się w tej materii, by pokazać się od najlepszej strony. Dbanie o własny wizerunek jest zawsze formą inwestycji w siebie.

humor2Polacy nie gęsi?

Puryzm językowy

Dość mocno przestrzegałem jednak reguły, że z kolei tam gdzie oczekujemy poprawnej polszczyzny, niech będzie poprawna polszczyzna. Czysty język polski nieupstrzony wstawkami języka Szekspira. Na pewnym etapie, kiedy wchodziłem do firm jako zewnętrzny specjalista, przyznam, denerwowały mnie w rozmowach biznesowych wstawki typu „content”, skoro mamy polski odpowiednik „zawartość” czy „treść”, albo „layout” skoro możemy powiedzieć np. „układ”, bądź „case” kiedy możemy powiedzieć „sprawa/zadanie”.

Dziwna wydawała mi się rozmowa typu: „Jak byłem na sik-liwie wpadłem na pomysł by ten dezajn zrobić bardziej majnstrimowo, jestem ciekaw co powie na to tim i prodżekt manadżer oraz nasz ejczarowiec, który też luka na mój task.”

Co Wy na to? Celowo zapisałem takie zdanie fonetycznie – jesteśmy oczywiście przyzwyczajeni do zapisu, szczególnie w internecie słów: HR, design, team, etc., w firmie słyszymy analogiczne zdania nie raz, nie zdając sobie sprawy jak dziwacznie wygląda to w oczach człowieka z zewnątrz.

Realia biznesu

Jednak ostatnie lata mocno zweryfikowały mój pogląd. Można sobie chcieć zachować czystą polszczyznę, ale jeśli całe otoczenie mówi z użyciem anglicyzmów, czasem próba stosowania polskich odpowiedników przypomina drogę pod górkę i zamiast upraszczać, komplikuje sprawę. Choć może to się wydać dziwne, z perspektywy osoby z zewnątrz, jednak komunikacja następuje szybciej i sprawniej jeśli używa się przyjętych w danej branży angielskich pojęć i terminów. Także wszelkie kejsy, timy, ejczary oraz kontenty razem z ficzersami i juzerami zaczynają być bardziej funkcjonalne niż ich polskie odpowiedniki (niestety). Profesjonalista nie ma wyboru, tylko musi to zaakceptować w myśl anglosaskiego powiedzonka: When in Rome, do as the Romans do! (a to sobie już sami przetłumaczcie, autor nie będzie Was we wszystkim wyręczał, no nie!).

humor1It’s a real bargain!

Mimo wszystko nie popełniajmy kompromitujących błędów!

Dobrze, doszliśmy do tego, że anglicyzmy są akceptowane przez takich purystów jak ja, oczywiście akceptowalne w umiarze, w pewnym uzasadnionym kontekście, ale jeśli mogę coś doradzić to koniecznie wyeliminujmy kompromitujące, żenujące błędy w naszym slangowym, firmowym angielskim takie jak na przykład:

– delete (dilejd) źle!

– apple (ejpl) źle!

– certificate (sertifikejt) źle!

– comfortable (komfortejbl) źle!

– surface (surfesj) źle!

– ultimate (ultimejt) źle!

– Polish (polisz) źle!

– hi-fi (haj fi) źle!

Moje subiektywne odczucie jest takie, że tak wymawiane wyrazy brzmią dla obcokrajowca w mniejszym lub większym przybliżeniu jak:

– delete (dilejd) – opóźniony

– apple (ejpl) – „nerwowe stęknięcie” (…po tym jak Twój markowy laptop spadł na posadzkę)

– certificate (sertifikejt) – certyfikowana Kasia? (wow! Masz może do niej numer?)

– comfortable (komfortejbl) – podejdź „dla” stołu

– surface (surfesj) – nad twarzą

– ultimate (ultimejt) – (m)ulti koleś (polski fachowiec?)

– Polish (polisz) – pasta do butów

– hi-fi (haj fi) – wysokie czesne

Zamiast tego mówmy prawidłowo w sposób następujący (piszę oczywiście w pewnym przybliżeniu, bo dokładniej pokaże to jakiś dobry słownik z fonetyką):

– delete (dilit) – kasować

– apple (epl) – jabłko, (ew. Twój lanserski komputer marki Apple)

– certificate (sertifiket) – certyfikat

– comfortable (kamftybl) – wygodny

– surface (serfis) – powierzchnia

– ultimate (altimet) – finalny, ostateczny (np. tak opiszemy dopracowaną recepturę produktu)

– Polish (poŁlisz, peulisz) – polski

– hi-fi (haj faj) – zestaw hi-fi

Oczywiście to tylko przedsmak, wybiórcze zerknięcie na to, jak kaleczony jest angielski w polskich firmach i korporacjach i właściwie jedynie jakiś dobry kurs biznesowy (np. angielski Lubin)* może skorygować ten spontaniczny, pełen przekłamań, lekko kompromitujący korpo slang. Dlatego jeśli nie masz czasu na kurs, mam drobna sugestię, może lepiej wróć w Twojej firmie do sprawdzonych, polskich terminów. Na pewno (wizerunkowo) będziesz brzmieć lepiej niż siląc się na jakiegoś wanna-be-corpo-guy z Manhattanu czy innego City.

Zdjęcie-1362

P.S. Skoro już z sukcesem przebrnąłeś/aś przez mój artykuł i chcesz dostawać powiadomienia o kolejnych wpisach – zapisz się na newsletter bloga, lub skorzystaj z opcji śledzenia na spolecznościówkach.

*Podany w treści link promocyjny, jest przykładem wykorzystania sieci społecznościowych, np. Twittera, dla potrzeb firmy, o czym szerzej możesz przeczytać TUTAJ.

6 myśli na temat “Anglicyzmy w polskim biznesie i żenujące błędy”

  1. Tak, tak…
    Jaki imidż taki imaż
    Skąd w narodzie przekonanie, że słowa pochodzenia francuskiego winno się wymiawiać po angielsku?
    Z resztą nie tylko o image chodzi…
    O pomarańcze też, bo to francuska firma, a nie angielska…

    1. Wiesz o co chodzi? Angielski sam w sobie jest hybrydą dwóch odrębnych języków: starofrancuskiego i staroniemieckiego (a dokładniej dialektów saksońskich). To język „kreolski”, taki melanż. Stąd w nim obfitość francuskich słów wymawianych jednakże dość koślawo. Stąd w angielskim „imidż” a nie „imaż”.

  2. To jak się wypowiadamy w obcym języku świadczy o naszym profesjonalizmie. Jeśli w naszym języku umieszczamy słowa obcego pochodzenia to stosujmy je profesjonalnie. Ma to również duże znaczenie w biznesie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.