Marketing, blogowanie i pieniądze dla Ciebie – blogerze…

Nikt mnie jakoś szczególnie nie zapraszał do blogowania, co więcej, kiedy pojawiłem się w jakimś tam gronie Blospotowiczów z moim pierwszym blogiem Racjonalne Oszczędzanie na pewno nie wzbudziłem zbytniego entuzjazmu…
Aaaaa to ten… znów on… co on tu robi… po co się odzywa… na dodatek w podpisie ma Remigiusz – Oszczędzanie, czyli się reklamuje…
To nie tylko wrażenie, nawet niektórzy powiedzieli mi to wprost. Moja obecność niektórych z konkurentów wkurza, szczególnie kiedy na moich blogach „się dzieje” i pojawiają się wpisy sponsorowane.
Wiadomo… wpis sponsorowany nie jest za friko. Są to korzyści finansowe dla mnie i dla bloga… ale żyjemy w Polsce i… taki mamy klimat.
Wracając do meritum. Nikt mnie jakoś szczególnie nie zapraszał do blogowania, co nie znaczy, że nie mam tego robić i czerpać ewentualnych zysków z pisania, choć tu muszę przyznać, że te zarobki z Google AdSense niestety spadają…
Nie zamierzam sobie rwać włosów z głowy (z resztą nie ma już czego rwać), że te zyski są niskie w wielu aspektach, ale jednocześnie zamierzam bronić swoich interesów.
Przykładem są nie tylko wszelkie informacje prasowe ochoczo wysyłane przez banki, ale także wszelkie „akcje specjalne” organizowane przez działy marketingu banków.
Nie, nie pozwalam sobie na uczestnictwo w różnych inicjatywach bez wynagrodzenia, nie pozwalam sobie na publikację na moich blogach, czy społecznościówkach nawet strzępu informacji komercyjnej bez wynagrodzenia dla mnie.
Dlaczego?
Po pierwsze za dobrze znam zapewnienia działów marketingu różnych instytucji finansowych o przyszłym kontakcie i przyszłej długofalowej współpracy (w tym bonusach finansowych).
Po pierwsze ekipy działów marketingu często rotują, za pół roku Pani Monika, z którą masz teraz dobry kontakt będzie już pracowała w innej firmie, na 90% nikt nie będzie o Tobie pamiętał.

Nie rób więc teraz pracy „za friko”. To do niczego nie prowadzi.

Budżetu na przyszły rok, w którym nasz zostać wreszcie uwzględniony/a po prostu nie będzie.  
Mój dobry kolega – nazwijmy go Tomek – jeszcze niedawno był jednym ze współpracowników pewnej instytucji finansowej. W ciągu roku zmieniły się dokumentnie dwie ekipy marketingowe (dział był częściowo outsourcingowany), powstały i odeszły w niebyt dwa projekty oparte na blogerach. Wątpię, aby odnowiono (dobrze płatną) współpracę z blogerami w chwili, kiedy instytucja redukuje koszty i zwalnia kilka tysięcy osób z własnych szeregów.

Pieniądze dla blogera są teraz, albo nie ma ich w ogóle

To jest moja długoletnia obserwacja. Albo rzeczywiście mamy do czynienia z marketingowcami bez grosza z firm krzaków o pardon… miałem powiedzieć – ze start-upów, albo z cynicznymi cwaniakami, zakładającymi, że bloger to „najtańsza siła robocza” polskiego marketingu, gotowa pracować po godzinach za poklepanie po plecach, kubek i smycz z logo banku.
I niestety to jest prawda, choć ja się do tego grona nie piszę. (A Ty się piszesz?)
Na typowy argument działu marketingu znanej instytucji finansowej „Nie mamy budżetu” odpowiadam:

Bardzo mi przykro, że są Państwo w złej kondycji finansowej. Życzę Wam wszystkiego dobrego i poprawy stanu finansów firmy na przyszłość. Proszę się ze mną skontaktować, kiedy już będzie lepiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.